Wrzesień w słońcu

Ostatnie kilka dni nad wodą spędziłem z Cezarym z SKK Cyprinus. Kilka wrześniowych dni zapowiadało się naprawdę pogodnie wiec spotkaliśmy się na naszej ulubionej wodzie w połowie drogi. Postanowiliśmy skopać „tyłki” kaprom i amurom. Całą zanętę przygotowałem już w domu. Parzona kukurydza z konopiami dochodziła jeszcze nad wodą, kiedy ją odkrywałem a kruszone w niej kulki puszczały aromaty. Na gorąco zaprawiłem smakołyki typowo w smakach nadchodzącej jesieni. Całość obsypana Carptrack powder do tego doza Inl oraz InP. Gotowe – więc, późnym wieczorem w środę zaczynamy.

Zestawy w odzie, tipi stoi, kawa się parzy, więc nie pozostało nic innego jak tylko uderzyć w bajerę. Jak to bywa nad wodą zawsze można być mile zaskoczonym. Odwiedza nas Witold Smolarczyk, który darzy nas opowieściami o wodach, rybach i emocjach. Słuchać trzeba, bo to zawsze dobre rady a jak wiadomo – te najlepsze zawsze w cenie. Mamy od Witka info o słabym żerowaniu. No cóż – nie zawsze jest tak jak chcemy a zasiadka nie zawsze musi opierać się na karpiach.

My jednak łowimy wieczorem pierwszego karpia. Zarolował szpulą z niewielkiej odległości a sama waga ryby nie zmęczyła nas obu. Orientacyjne ważenie w rękach i wzrokiem obliczamy na jakieś +- 9kg.

Następuje ciąg dalszy naszych rozmów i po ok. 2 godzinach mamy znowu wyjazd i branie. Zacinam i holuję kolejnego gościa z podwodnej górki. Jakby się zmówił z poprzednikiem. Dołożył do swojej wagi raptem kilogram. Dołożył, bo brzuszek miał nabity a my postanowiliśmy go zważyć. Równe 10kg i nadzieja ze będzie dobrze. Tyle z tej nocy nam już pozostało – cisza i spokój do rana.

Kolejny dzień wita nas ślicznym słoneczkiem, więc postanawiam troszkę podreptać za grzybkami póki Cezar śpi. Są i bardzo cieszą oko. Teraz poranna kawka i realnie trenujemy, jakie będą dziś długie.

IMG_0009

Zdjęcie0129

Z uwagi, że Cezar jest duży muszą się zapinać naprawdę wielkie. Śniadaniem wzmacniamy się przed kolejnymi holami. Akurat wtedy Cezar ma opad swingera. Dobiega i cisza. W oczach zawód i rozczarowanie, że trzeba było przerwać śniadanie. Tyle, co się obrócił wyjazd z rolady. Poranna rosa bryzga ze szpuli w kolorach tęczy. Cezar robi swoje słynne „pinggggg” i ryba siedzi. Meldujemy wspólnie amura na macie. Nie jest ogromny, ale te 11kg waży.

Czwartek prawie przez cały dzień łowimy niewielkie sztuki, ale widać wyraźnie, że idzie nam już całkiem dobrze a przygotowane papu smakuje rybkom. Nie ma nudy i wena jest a to najważniejsze.

Przychodzi czas na obiad a po nim sjesta i tak do wieczorka. Niestety zostajemy już bez żadnego piiiiii. No to, co – mówimy sobie i czekamy poranka.

Już o świcie budzi nas lekki opad swingera. Jeszcze zaspani podchodzimy pod kije i widzimy jak delikatnie klei się pod kij a żyłka napina. No to strzał i siedzi. Czuć, że większy bobas i …. Na macie ląduje moja ulubiona „paletka” z tej wody. O dostatniego spotkania przybrał bobas porządnie ponad kilogram. Wynik 15 z hakiem. Jest dobrze.

Po tej rybie mamy jeszcze brania, ale to same maluchy w tym dorodny leszcz – a co to też ryba szczególnie, kiedy ma …. a ile miał to miał. Hehehe.

Dopada nas mała niespodzianka przy jednej z wywózek. Łódka staje i musimy ją ściągać zestawami powrotem. Ale cóżby to była za awaria gdybym nie miał koło siebie rąk, które leczą. Czarek organoleptycznie i z uczuciem sprawia cud. U-bot znowu działa i mam wiedzę, co go boli, aby w przyszłości zaradzić takim niespodziankom.

Wywozimy i czekamy. Pogoda stała się naprawdę skwarna i brania prawie ustały. Tak mija nam przedostatni dzień wyjazdu. Nastaje noc, więc po wywózce w kimono. Słuchamy radyjka i tak zasypiamy. W okolicach północy … piiiiiiiiii i start do kiji. U cezara branie i jest śliczna nocna 11-ka. Szybka fota, rzut i nadzieja na poprawkę.

Ale dopiero ostatnie branie, poranne branie zaczyna się standardowo – małe pi pik a potem jazda. Przez wywieziony daleko zestaw ryba od początku daje popis gdzie chce parkować. Pływa tam gdzie chce i oddaje niewiele żyłki. Obaj czekamy na pierwszy wir wody, gdy będzie bliżej. Jest i nasze wyrazy twarzy zaczynają się cieszyć. Obaj wiemy, że jest na końcu ryba zasiadki. Powoli i systematycznie odbieram żyłkę. Kilka ostatnich pomp i ryba w podbieraku. Radość i uśmiech na twarzach. 17,20.

Takim wynikiem kończymy wspólny wypad. Ostatni wspólny wypad.

Obyło się bez łez oczywiście, ale to niestety był pożegnalny hol ryby i wspólne podbieranie. Cezar zmienia hobby a ze nadal związane jest z wodą – też się kiedyś może załapię na zasiadkę innego typu. Zaproszenie mam – skorzystam.

One Response to Wrzesień w słońcu

  • pyniek says:

    Cezar! Wiedziałem, że prędzej czy później wrócisz do drygi 😀
    A tak na poważnie: Bardzo ładne rybki, a relacja w dużym stopniu dała poczuć Wasze emocje nad wodą. Trochę jestem zszokowany, że Cezar zmienia hobby, ale skoro nadal będzie nad wodą lub w wodzie to w zasadzie chyba nie ma to znaczenia 🙂 Zazdroszczę wszystkim, którzy przynajmniej raz w roku mogą położyć zestawy w rybnej w wodzie oraz w doborowym towarzystwie 😉 Pozdrowienia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wrzesień 2017
P W Ś C P S N
« Sie    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

Partnerzy