Ślepa uliczka – return

Celowo mój tekst zatytułowałem „ślepa uliczka – return”, bo odpowiada całkowicie temu, co dzisiaj widzę i czuję. Jakimi realiami rządzi się moje hobby. Postanowiłem także przelać swoje spostrzeżenia na „papier” po jednym z ostatnich tekstów, jaki ukazał się w sieci a którego autorem jest Strzała. Kim jest Paweł wie wielu, ale niewielu wie, o czym pisze. Napisał tak „…Ten sport schodzi na psy…” I ja się z tym stwierdzeniem w pełni zgadzam.

Ja jednak swoje przemyślenia zacznę inaczej. Podoba mi się kiedyś, nie podoba mi się dzisiaj a na jutro nie chcę nawet patrzeć. Dlaczego? Ja już wiem i żałuję, że do takiej decyzji doszedłem tak późno. Ale jak to mówią lepiej późno niż wcale.
Kilkanaście lat temu zacząłem poznawać fantastycznych ludzi. Ludzi z pasją i wiedzą z całego kraju. Takich, którzy wiedzieli, czym jest dla nich karpiowanie. Chłonąłem każde ich słowo, radę czy uwagę. Byli a w zasadzie wielu z nich nadal jest osobami wyjątkowymi. Poznać ich było dla mnie zaszczytem. Cenię sobie ich do dziś.

Pamiętam łowy na Staropolance i długie noce pełne emocji, kiedy przy ognisku siadało kilka a nawet więcej osób i każdy każdego słuchał. Mieliśmy wtedy wizję innego karpiowania niż to, jakie widzimy dzisiaj. Nie pamiętam, aby ktokolwiek z nas odmawiał drugiemu pomocy, okrywał tajemnicą swoje łowiska czy stroszył pióra w barwach producenta. Opowieści o okazach napawały każdego z nas radością nie zazdrością. Mieliśmy archaiczny sprzęt. Jaki był każdy widział, ale nie wytykał palcem nikt nikogo tylko, dlatego że zamiast firmowego namiotu za dwa tysiące spał w „dziupli” z hipermarketu.
Nie przypominam sobie żeby ktoś chował swoje przynęty tylko, dlatego że kupił je w Anglii czy Belgii. Każdy z nas miał frajdę ze smakowania i wąchania a kiedy do tego dostało się dobrą radę gdzie, z czego i za ile to dopełniało się powiedzenie – to, co moje to i twoje. Tak było. Wtedy było trudniej każdemu z nas spełniać się w tym hobby, ale mając takich przyjaciół trudności stawały się bardziej proste do przeskoczenia. Mogłeś liczyć na szczerą pomoc we wszystkim. W zakupie wędki czy podbieraka albo przynęt.

Byliśmy też chyba bardziej twardzi i dlatego wielu z nas chciało sprawdzić samych siebie jak daje sobie radę w zdrowej rywalizacji. I powiem wam – to było naprawdę zdrowe podejście do tematu. Zarówno przez tych, którzy pierwsze cypryniady organizowali jak i tych, którzy brali w nich udział. Skromne wpisowe i walka o dyplom albo skromne pucharki. Kiedy do tego doszła skromna nagroda to już euforia sięgała zenitu. Ludzie brali udział w takich imprezach z radości. Mogli ponownie spotkać kolegów, poznać nowych i ponownie snuć opowieści, które ja już znałem a których znowu słuchałem z wielką chęcią.
Wtedy jakieś teamy czy kluby raczkowały, ale nie zmieniało to faktu, że wszyscy tworzyliśmy pewnego rodzaju rodzinę. Nie było, czym tego zepsuć a każdy zachowywał przy tym swoją indywidualność, która była ważna dla innych. I nie było mowy o ogromnej kasie czy furach nagród a każdy chciał być, łowić, opowiadać itp.

Nie wiem, kiedy to wszystko zaczęło się psuć. Może, kiedy jeden z liderów sceny karpiowej postanowił zarobić na tym kasę? Może wtedy, kiedy kilku dostało propozycję napisania czegoś o czymś za kilkanaście złotych? Być może skusiły ich pieniądze albo obiecanki otrzymania lepszej, jakości sprzętu? A może wszechobecny internet zepsuł relacje, jakie wiele lat miałem okazję odczuwać? Myślę, że to ostatnie najbardziej podzieliło karpiowe społeczeństwo.
Hmm … internet, mechanizm, który dziś staje się polem do popisu dla wątpliwej, jakości łowców dla nas wtedy był miejscem do umawiania się i poprawnej wymiany doświadczeń.
Dziś mogę powiedzieć głośno – zepsuł niejednego z nas i niejednemu zaszkodził. Sam przyznaję się, że sieć pochłaniała mnie coraz mocniej i dałem się w pewien sposób omamić. Zapewne dosoliłem niejednemu, ale też i nie od jednego otrzymałem burę. Mam jednak świadomość, że ten znienawidzony ostatnio Internet pozwolił nam pasjonatom stworzyć, powołać do życia stowarzyszenie. Była możliwość w prawidłowy sposób zrealizować nasze marzenia, potrzeby świata karpiowego. Udało się to w 2009 roku. Byliśmy wtedy znowu szczęśliwi.

Niestety jak ten internet nas scalił tak też i podzielił. PFWK nie miała i nie będzie mieć wielu sympatyków i ja tego bardzo żałuję, ale cieszę się, że choć częściowo spełniliśmy sen o wolnym karpiowanie. Wolnym od złodziei, szabrowników i cwaniaków. Szmaragdowy Staw.
Poznałem też na swojej drodze pewnego redaktora, który z pasją maniaka usiłował i do dziś usiłuje naprawiać nowoczesne, karpiowanie które tak de facto stało się jedną wielką machiną, skomercjalizowaną do granic absurdu. Przyjacielu – nie naprawisz tego. Jedyne, co możesz robić to swoją pozycją wspierać ludzi o szczerych sercach. Skorzystałem z Twoich rad (wybranych) i w dzień po wyborach nastaje mój dzień wyboru zaś Ty rób swoje. Powodzenia.

Pomału zbliżam się do końca mojego wywodu.
Tekst ten nie jest żadnym żalem czy usprawiedliwieniem z mojej strony. Niech się komuś nie wydaje, że zdziadziałem albo dopada mnie starość. Niejednego tzw. gimba mógłbym jeszcze przeskoczyć, ale nie w tym rzecz. Bez obrazy, ale jak to mówią – gimby nie znajo. Tak. Nie ma takiej możliwości, aby dzisiejsza młodzież zjadła zęby na z żwirowniach czy zaporówkach. Dziś każdy chcący nazywać się karpiarzem klika wiedzę i googlownicą wbija ją sobie w głowę stając się miernym specjalistą. Stawia sprzęt nad wodą za grube tysie i oczekuje splendoru.
Jest jednak to, czego google nie posiadają. To wspomnienia z dawnych lat, to ludzie, jacy wtedy byli i otoczka, jaką ogarnięty wtedy był świat karpiowy. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz spotkam ich na swojej drodze. I spotkam tych, którzy bez spinania czy napinania i stawiania pawiego ogona nadal realizują się w tym hobby.

Jak widzicie doszedłem do wniosków, do których doszedł już niejeden mój kolega w tym wieloletni kompan moich karpiowych wypraw. On ma na ten dzisiejszy świat karpiowy w…ane i świetnie ostatnio powiedział – to ma mi dawać radość. Tak jest.
U mnie będzie od dziś tak jak kiedyś i tam gdzie to wszystko się zaczęło. Nie chcę nadal brać udziału w podziałach na karpiarzy łowiących w wannach czy w dzikusach. Nie chcę.
Mam jednak nadal kilka zobowiązań, które zrealizuję uczciwie i szczerze. Taki jestem. To lubię, bo lubię pomagać, choć czasem za pomoc dostałem kopa w d…ę. Tak bywa. Niemniej dziś odcinam swój ostatni kupon karpiowanie. Wszystkim życzę spełnienia i radości nad wodami.
KRON jest tylko jeden i zdecydował – będzie tak jak kiedyś. Nowoczesne jutro już mnie nie interesuje. Cześć.

PS. W tekst wkleiłem kilka fotek mojej ulubionej żwirki. Od czasu do czasu zapodam WAM jakiś arcik i fotkę. Będzie wiadomo, że żyję.

2 Responses to Ślepa uliczka – return

  • Wąsaty says:

    Trudny ten tekst i raczej smutny. Twoje dotychczasowe kończone były raczej sporą dozą humoru i optymizmu. Mimo, że życzysz wszystkim spełnienia i radości, nie jest to moim zdaniem ani radosne, ani optymistyczne.
    My Polacy mamy niestety to do siebie, że w każdej dziedzinie życia potrafimy się podzielić, a nawet znienawidzić. A jest sporo takich, którzy kochają dogryzać i ranić. Czegoś próbują sobie dzięki temu dodać.
    Przykre to i szkoda, że tak jest. Bo wcale nie musi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Grudzień 2017
P W Ś C P S N
« Lis    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Partnerzy