Jesienne ostatki

Moje kilka listopadowych dni nad wodą planowałem od dłuższego czasu, ale plany jak to plany musiałem skorygować. Zamiast pierwszego weekendu miesiąca wyjazd przesunąłem o kolejne kilka dni. Nic się nie stało, bo pogoda, jaka miała panować nie była najgorsza a i ciśnienie dość stabilne. Miałem informacje znad wody od Jurka i Piotra, którzy łowili przede mną jak wygląda aktualna sytuacja. Ryba współpracowała, były brania a i aurę mieli nienajgorszą. Przy okazji może by tak Jurek coś wiosną wspólnego? Ja miałem nadzieję, że kilka dni będzie i dla mnie bardzo dobre. Od czterech sezonów moje jesienne ostatki karpiowe i to zawsze w listopadzie uskuteczniam na czeskim łowisku Koblov. Nie zawsze było tak jakbym sobie tego życzył. Poprzednio i jeszcze rok wstecz noce okraszone były siarczystym mrozem a dni zimne i bardzo chłodne. Zawsze jednak udawało się kilka sztuk skusić do brań. Jak będzie teraz miałem się dopiero przekonać.

Nad wodę dotarłem w czwartek, późnym popołudniem i już po zmroku przygotowywałem się do łowienia. Jurek wspominał, że nęcił niewiele, w zasadzie niewielką kiełbaską pod hakiem. Taką miał metodę i była ona skuteczna. Przygotowując swoje specjały wsłuchiwałem się w odgłosy, jakie docierały z wody. Księżyc tej nocy jeszcze świecił i wspomagał moje poczynania. Byłem zdziwiony, że o tej porze ryba spławia się bardzo głośno, wyskakuje nad wodę i to nie raz, lecz co chwilę. Pomyślałem sobie, że w tym rejonie mam naprawdę sporo ryby, która nadal żeruje. Robiąc odwrotnie niż Jurek z Piotrem pierwsze nęcenie pod zwalonym drzewem było obfite. Tak właśnie było – zasypałem w łódce obie komory kukurydzą z rzepikiem i drobnym pelletem a na zestaw dopinałem wysoko stojące pop – upy.

Dlaczego wysoko? Bo zanętę rozsypałem na większym obszarze zaś same zestawy postawiłem z dala od tego miejsca. Dodatkowo na każdy z nich powędrowały pokaźnych rozmiarów kiełbaski PVA. I tak na lewy zestaw kiełbaska zwyczajna z zawartością kruszonych drobno kuleczek + Explosiv Stick mix na drugi zestaw kiełbaska podwawelska z micropelletem halibut i kuleczkami. Na włosach pierwszej nocy zestawy z kulkami 16mm. Takie zestawy zapakowałem do łódki i już za moment operowałem modelem po tafli wody. Plum raz i plum dwa i mogę rozkładać matę i podbierak.

Do godziny 21-ej sygnały popiskiwały ponad dziesięć razy. Jasnym dla mnie było, że ryba zeszła do stołówki spod powierzchni i trąca wysokie zestawy z popkami. Wreszcie pierwsze branie. Już nie ma rolady z młynka, ale podklejanie hangerka pod kij. Biorę kij w ręce i podcinam delikatnie. Zaliczam pierwszą rybę listopada. Karp 8kg. Po godzinie kolejny również 8kg a przed samą północą większy pełnołuski o wadze 10kg. Nie jest źle i cieszę się, że już pierwszej nocy mam ryby na macie.

Noc z czwartku na piątek jest naprawdę ciepła. Nie przypuszczałem, że w listopadzie po północy będę sobie robił jeszcze herbatkę. Miałem nadzieję na kolejne pik, ale już do samego rana miałem spokój.

Piątkowy poranek to niesamowita mgła i parowanie wody w zatoce i …. bardzo głośne spławy ryb. Woda ma aż 12 stopni a to jak wiemy sporo w tym okresie. Musze jednak nadal poczekać z wywózką. Zatem kawa, freszing i śniadanko. Chciałem zrobić sobie fotkę z kawą, ale takie zdjęcia ma prawie każdy nad wodą, więc zdecydowałem, że samojebkę pstryknę ze słusznym karpiem. Przed późno poranną wywózką zmieniam zestawy. Po ruchach przy przynętach poprzedniego wieczora stawiam tym razem na krótsze przypony z dipowanymi mikro kulkami o neutralnym zapachu, na które już będę łowił do samego końca.

Teraz w zestawach to haki rozmiar 6 i włos, na który zakładam jedną maksymalnie dwie małe kuleczki. Na każdy zestaw już niewielka ilość zanęty, ale wciąż dokładam do zestawów podwawelską i zwyczajną. Mgła już zelżała, więc kieruję u-bota pod drzewo. Plum raz i plum dwa i wygodnie rozsiadam się przed kempingiem. Oj jak fajnie i jak cichutko. Rozleniwiam się na maksa. Czekam. Zanosi się, że to będzie dzień ciepły, ale bez słońca. Nie przeszkadza mi to. Czekam i wpatruję się w stojak i hangery. W pewnej chwili lekko zamyślony patrzę na jeden z sygnałów, który zaprezentował pojedyncze pik. Żyłka podklejona pod kij a ja siedzę i nie wiem, o czym myślałem zanim zaciąłem rybę. Jakieś chwilowe zaćmienie, ale jednak mam branie. Ryba siedzi i ciągnie pod konary. Powiem wam, że hol ryby w tym okresie jest wręcz majestatyczny. Czuć, że są silne i odpowiednio rozkładają swoją moc i wagę w walce z wędkarzem. Siłuję się z pierwszym karpiem tego dnia. Wygrywam. Sztuka ma 9kg. Pakuję model i wysyłam w to samo miejsce. Ponownie czekam. Tak do południa, kiedy po kolejnym braniu śrubę nad wodą robi jesiotr. Ten ogromny „odkurzacz” w swoim stylu tnie wodę zakosami w lewo i w prawo, targa w dół, co chwilę i zawraca fikając kozły pod wodą. Wiem, że trochę to potrwa, ale chcę tego. Mam nadzieję, że trafię na srebrnego koleżkę, którego zaliczyłem wiosną. Jeszcze chwila napięcia, jeszcze jeden zryw spod podbieraka i jest. Wiem, że są w innych wodach większe, ale ten jest mój. Jest dla mnie ogromny. Jestem mocno zmęczony tak jak i on, więc nie funduję mu nic poza dotlenieniem przed wypuszczeniem. Wiem ile mógł ważyć a opinia znajomego, z którym rozmawiałem o tej rybie jest jasna, że już przekroczył 15kg, bo tyle miał, kiedy go złowił. Ja wiem, że to ten największy i najdłuższy, bo wiosną miał 146cm długości i 14, 50kg wagi.

Ponownie akcja z wywózką i czekanie na kolejne pik. I czekam tak aż do zmierzchu. W ten pochmurny dzionek niestety żadna z ryb już nie wzięła. Na wodzie od południa nastała totalna cisza. Ostatnio słyszałem, że kiedy zaczyna żerowanie drapieżnik to biała ryba „gaśnie”. Ładnie powiedziane, ale coś w tym jest. Pojawiają się oznaki polowania szczupaka i skaczące rybki uciekające ławicami. Nastał spokój w białorybie. A u mnie nostalgia. Wspominam chwile, które w tym sezonie były dla mnie ważne i szczególne. Trochę tego było. Myślałbym tak i wspominał jeszcze długo, ale ciemność rozświetla niebieska dioda mojego Rx-a.

Podcinam rybę i już wiem, że jest większa od poprzednich. Ona robi swoje ciągnąc przed siebie a ja tylko stoję i delikatnie pompując odbierając żyłkę na młynek. Siłujemy się jakiś czas, ale to ja jestem górą. Ryba ląduje na macie i kiedy ją oświetlam wiem, że to z nią chcę zrobić sobie jedyną fotkę. Piękny wypasiony futrem bobas w pięknych kolorach. Biegnę po aparat i tworzę prowizoryczny statyw z wiadra. Nie chcę dłużej męczyć karpia i stwarzać nam obu mało komfortowej sytuacji. Ustawiam samowyzwalacz i robie serię szybkich fotek. Muszę coś z tego wybrać, ale sprawdzę potem. Szybkie ważenie i jeszcze tyko opatrzenie rany i do wody. Idź i rośnij.

Ten śliczny karpik dał mi dużo satysfakcji. Mimo że nie duży, bo miał niecałe 14kg to jednak był jak do tej pory najładniejszy i najbardziej waleczny. Chwila odpoczynku i zestawy wiozę ponownie pod zwalone drzewo.

Zapadł już totalny wieczór i pojawiła się delikatna mgła. Cisza. Mam jednak niespodziankę. Zjawia się u mnie moja lepsza połowa i wspólnie popijamy wieczorną kawkę. Miło posiedzieć i pogaworzyć. Teraz już wiem, że kiedy wyjeżdżam ktoś za mną tęskni a że tym razem miała blisko do mnie to tęsknota się zniwelowała. Wiola pomaga mi jeszcze profesjonalnie podebrać ostatniego karpia z piątku. Maluszek – mówi. Jakieś 8 kilo. No cóż jak fachowiec rzekł to wypadało przepowiednię zważyć. 8kg, – co za oko. Tym razem cieszą mnie wszystkie złowione ryby. Planujemy i omawiamy jak i gdzie razem w przyszłym sezonie będziemy łowić. Czas mija a ciemna noc coraz bliżej. Coraz bliżej jest także deszcz, który mocno zaczyna zaznaczać swoją obecność. Moja wiola zmyka do domu a ja modelem wiozę porcję zanęty z zestawami mikro kulek zdipowanymi Elite. Pada już bardzo mocno a spławy cichną zaś brania ustają całkowicie. Ta noc jest już u mnie bez kontaktu z rybą. Przy okazji tego deszczu przypomina mi się aura z moich ostatnich zawodów karpiowych. Oj było błotko, w którym ryło złotko. Uśmiechnięty idę spać i czekam na sobotnie emocje.

No by to cholera jasna – jak coś w środku nocy i deszczu może mnie budzić. Rolada, jakiej dawno nie miałem. Wypadam prawie boso, tylko w bluzie na grzbiecie i widzę jak sygnał nie przestaje piszczeć a wędka niemiłosiernie wygięta w prawo. Branie trwa, żyłka jedzie a ja dźwigam kij. Jest power – jest siła – jest moc. Ciągnie mi wędkę jakaś siła non stop w prawo. Przez moment zastanawiam się, jaki cielak wyciągnął z linii prostej mój zestaw prawie pod kątem 90 stopni. Mocuję się z czymś i …. nagle ogromny plusk wręcz uderzenie o taflę wody. To nie ryba. To nie karp. Schodzę pod samą wodę i widzę, już wiem, kto mi pod nosem płot chce budować. Na żyłkę napłynęła pokaźnych rozmiarów kłoda, którą przez pół wody zawlókł do mnie jeden z bobrów. Święcę mu w ślepia i gadam sam do siebie, co ten kloce chce. On pewnie myśli, co za baran świeci mi w oczy i gada sam ze sobą. Myślę ja i myśli on a kłoda dalej wlecze się z moją żyłką. Przechodzę kilka metrów w prawo. Potrząsam kijem i udaje się linkę odczepić. Zwijam zestaw i już mam odejść jak widzę, że bóbr nie odpuszcza i podpływa w moim kierunku. Pomyślałem – chce mu się solówki? Przecież nie zabrałem mu sztachety. Kijem klepię o taflę i bóbr zawija się pod wodę. Tyle miałem rolady na młynku i odjazdu zasiadki. Przemoczony wracam. Na stojaku pozostawiam tylko jeden kij, bo wywózka nocą w ten deszcz nie interesuje mnie już. Przebieram się i zasypiam.

Nadeszła sobota. Słyszę, że nadal pada a do tego mgła za oknem. Nie ma wyjścia i trzeba znowu wywozić w deszczu. Tworzy się problem dokładania PVA pod zestaw. Ale i z tego dało się wybrnąć. Kładę kiełbaski na liść i liściem przykrywam. Docierają całe pod drzewo.

Chowam się do budy i popijam kawę dla rozgrzewki. Liczę, że brania natychmiast nie będzie. Oj jak się myliłem. Było natychmiast. Więc ponownie wypad z campingu i zacinam. Mocząc grzbiet holuję pierwszą rybę tego dnia. Łowię karpia 10kg. Waleczny szupinacz i naprawdę widać, że mocno podjadł. Chwila ulgi w deszczu, więc zestaw do wody. Zauważam, że jak ostatnia gapa mam ze sobą tylko jeden komplet akumulatorów i to tylko te w łódce. Szukam w aucie – niema zapasowych. Jeśli częstotliwość brań zwiększy się to zostanę bez prądu. I jak na złość znowu branie. W deszczu ponownie. Można pomyśleć, że złość na branie, ale to jest złość taka pozytywna. Holuję drugą rybkę. Udaje się i tym razem. Kolejna sztuka połakomiła się na mikro przynętę. Myślę, że jak jestem nadal mokry to ją zważę. Całe 11kg i ponownie pełnołuski. Po nim jeszcze mniejsza 9-ka. W sobotę tylko 3 ryby a dodatkowo walka z kormoranami, które stadem, co chwilkę lądowały mi w zatoce. Niby to tylko ptak, ale nie do końca jest lubiany. Przekonałem się o tym ostatniego dnia. O tym już dalszej części. Deszcz pada nadal i tak ciągle aż do wieczora a potem jeszcze popaduje sobie do północy. Robię jeszcze późną wywózkę i zaczyna się nocny przełom. Sobotnio niedzielne nocne party z rybami. Od godziny 2 w nocy do godziny 7 rano mam 4 brania i trzy złowione ryby. Zdarzyła się jedna spinka. W porównaniu z ilością wyciągniętych ryb do tej pory to niewiele wręcz znikoma ilość. Z nocy mam karpie 8, 9 i 13kg.

W niedzielę rano już nie pada. Miejscami pokazuje się słonko zza chmur. Wiozę moje zestawy na oparach łódki. Planuję koniec około południa a łódka już niemrawo płynie. Dała jednak radę do końca. Po śniadaniu zaczynam małe porządki, które przerywa branie. Krótki hol i zaliczam spinkę. Hmmm nie tak miało być w końcówce. Ponownie zestawy pod drzewo i na 3 metry. Woda nadal paruje i myślę czy aby nie spróbować położyć zestawu z ręki na wodzie, która ma w planowanym miejscu mniej niż metr. Może to zły pomysł, ale woda mimo deszczu nadal ciepła a ta para tak zachęca. Myślę, więc i kiedy tak się zastanawiam następuje niewielka rolada. No, więc jakby nie patrzeć siadła kolejna rybka. Kiedy spokojnie ją holuję i podciągam coraz bliżej słyszę za plecami pi pipi piiii i jak prostuje się żyłka w wodzie. Holuję i mam drugie branie. Jestem sam i myślę, że jakby mi tu Wąsaty pomógł to fachowo dwie sztuki na raz byśmy zaliczyli. Ale Jurka nie ma, więc podnoszę tempo holu. Ląduję karpia w podbieraku. Na moje oko jakieś 8kg. Szybka wypinka i bieg do drugiej wędki. Przytrzymuję wkońcu rybę i po kilkunastu metrach spinka. Tak bywa. Liczyłem się z tym, że spadnie no i spadła z haka. Montuję ostatnie kiełbaski zwyczajną i podwawelską, dipuję przynęty i wywożę jeden zestaw na 3 metry zaś drugi … do tej parującej zatoki. Na wodę 1 metr. Pakuję powoli samochód. W między czasie odwiedzają mnie znajomi z zagłębia. Wymieniamy się wynikami zasiadek. W sumie jest nieźle i u nich. Przyjeżdża właściciel odbiera odemnie fanty i szybko ucieka, bo wzywają go ważne sprawy. Ja zostaje i siedzę no i czekam ostatnich dwóch brań, ostatnich dwóch ryb. Tradycyjnie spod drzewa holuję przedostatniego karpia o masie 10kg, ale zanim dotarł na brzeg trafił na wrednego kormorana, który dziobnął go perfidnie. Widać ten ślad na fotce.

Te ptaszyska są naprawdę potrafią dewastować rybostan. Teraz już tylko jeden kij i ostatki jesienne. Przydała by się fajna ryba na sam koniec. Marzenia się spełniają. Z zatoki, bez zaczepu, o które w niej nie trudno holuję ostatnią rybę. Pełnołuski karp o masie 11kg. I żałuję, że jestem sam, bo miałbym fajne zdjęcie z ładnym karpiem. Nie chcę sam robić zdjęcia wiec tylko buzi i do wody. Myślałem, że takie brania zdarzają się w opisach u innych łowców, ale jak widać i mnie też się trafiło.

To już koniec mojej jesiennej zasiadki. Pokuszę się o małe podsumowanie. Miałem, 18 brań i udało mi się wyholować 15 ryb. Dwie największe to 13 i ponad 13kg. Jeden duży jesiotr. Nie opisywałem przynęt, bo najskuteczniejsze były mini kulki a dip Elite IB po nich także kukurydza z pianką. Zestawy typowe krótkie przypony gdzie hak stał na dnie. Myślę, że jak na tak krótki okres łowienia jest nieźle. Za rok może ponownie Koblov? Czas pokaże. A teraz … a teraz może coś zimą na matę położę.

4 Responses to Jesienne ostatki

  • Wąsaty says:

    Udany wypad, fajna relacja. Nie na darmo mówią, że karpiowanie to sztuka kombinacji. Ty kombinowałeś po swojemu i z tego co czytam jesteś zadowolony z wyborów. I to najważniejsze. Ciekawa przygoda z tą kłodą. Mój kolega miał niedawno równie fascynujący hol. Była noc. Branie, podniesienie kija i …??? Po chwili stoję z podbierakiem. Po ugięciu kija sądzę, że po drugiej stronie kija mamy nie lada przeciwnika. Ale jest coś dziwnego w tym holu. Kij ugina się na maxa po to, by po chwili niemal całkowicie się wyprostować. Kolega stwierdza, że nie pamięta takiego holu i nie potrafi powiedzieć co holuje. Zagadka zostaje rozwiązana, gdy w świetle czołówki widzimy wyłaniającą się z wody….. końcówkę naszej bojki.
    P.S. Najdziwniejsze dla mnie jest to, że podczas naszej zasiadki przyrządy wskazywały temperaturę wody nie większą niż 8,5 stopnia.

    • KRON says:

      Nie dziw się Jureczku temp. wody. Kiedy Ty łowiłeś powiewało (pamiętasz) i to nawet zdrowo a wiatr był naprawdę ciepły. Jak tyle mas powietrza zmieliło wodę to w zatoce podniosło temp. Ryba przez cały czas widoczna była jedynie w tej części. Bo tam jej było ciepło 🙂

  • KRON says:

    A przy okazji – może tak wiosną coś wspólnie połowimy. Tylko nie od niedzieli 🙂 raczej do niedzieli 🙂

    • Wąsaty says:

      A czemu nie? Już to widzę. Właściciele podstawiają dwie przyczepki np na stanowiska 13,14, żonki się relaksują, a chłopaki straszą karpiska.
      Żyć, nie umierać. Oczekuję konkretnych propozycji. Mnie do niedzieli pasuje jak najbardziej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Listopad 2017
P W Ś C P S N
« Paź    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Partnerzy