Branie do kawki

Dzwoni mój telefon …. no siema Kron, jesteśmy od wczoraj. Wbijaj na gadulec …. po drodze kup nam to, tamto i jeszcze tamto – tylko nie zapomnij. Ok. – da się zrobić jak najbardziej tym bardziej, że upał jest nadal a chłopaki płyny uzupełnić muszą.

Zatem połączenie odebrane i wiem, że dwóch moich kumpli zasiadło nad wodą. Nie mam wyjścia. Rano robię zakupy dla „bandy” i jadę do nich na kawę. Zapowiada się gorący dzień i to ostatni przed załamaniem pogody. Po dwóch godzinach ściskam wielkie graby kompanów z gór. Siedzą i moczą kije i dzioby im się już cieszą na widok zakupów jakie dostarczyłem. Ehhhh u la la no świetnie – oni też wiedzą, co to szpica. Mnie jednak tylko kawa w głowie, bo po południu długa jazda samochodem.

Gadka klei się na całego. Humory dopisują i pogoda także. Siedzę, popijam z kolegami kawkę i snujemy plan na resztę dnia.

Mnie nie było pisane łowić, ale oni o tym już wiedzieli. Słyszę … te Kron, weź no sobie od nas kij i walnij tam gdzie potrafisz. Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Coś uwiązałem po skorzystaniu z wielkich pudeł góralskich karpiołapów. Teraz coś trzeba założyć. I tu się robi problem, bo przyjechałem na pusto, bez przynęt. Przy góralach nie ma co długo myśleć, w torbach mają hurtownię. Fajnie, kiedy widzę kilka opakowań znajomych kulasków. Same tonące, ale pomarańczowy kolor od razu rzuca mi się w oczy. Micha się cieszy. Tworzę mały woreczek PVA i walę w niego kruszonkę z kilkunastu kul.

Słyszę … te Kron, co tam ściemniasz – i tak wiem, co mam w torbie.

Nie da się ukryć – Łukasz wiedział, ale nie spróbował. Zawijam kijem nad głową i posyłam zestaw na jakieś 60 metrów w wodę dość płytką i wracam na gadulec przy kawie.

Chłopaki robią szpicę i systematycznie łowią. Pomagam im podbierać, ale mój kij cały czas leży i nie „gada”. Poprawiam ponownie i jeszcze raz na FF z workiem PVA. Teraz kapkę dalej i troszkę głębiej. Jest tam zatopione drzewo. Myślę – a kij tam – może się uda. Najwyżej wypłynę pontonem do zaczepu.

Strzelam kijem właśnie tam i ustawiam swinger. Teraz poczekam a może, może? Na razie bajamy z kolegami nadal. Oni są niesamowici. Walnęli ponad 250 kilosów i tłuką w upał kabanki. Co chwilę jak nie 12 to 14 a jak nie to – do kompletu 17-ka. No cieszą się oczy nasze.

Słyszę znowu … te Kron coś ci ten twój kij powyginało a pipek nie gra….. No rzesz psia mać – widzę jak szczytówka dogina do gruntu a młynek popuszcza żyłkę.

Pozostało tylko podnieść kij i zacząć hol. Nieźle ciągnie, choć to nie gigant. Kij kolegi dość sztywny, ale z młynkiem o nazwie, BBLC daje radę. Żyłka ślizga się po rolce i co chwilę zwalnia albo rwie do przodu. Pomalutku odbieram linkę i zaczynam się przymierzać do końcówki holu.

I co? I znowu słyszę … te, Kron … a kto ci to z wody wyniesie – hehehehehe. Obopólny rechot górali. No i jak ich nie lubić – oni są nie do podrobienia.

Jednak pomagają mi i wspólnie cieszymy się z mojej ryby. Wielkie łuski, w komplecie oblepiają kawał rybska. Teraz fota, ważenie i goodbye. Piątki przybite a 16kg zapisane na koncie. Coś mi się wydaje, że moje szczęście w drugiej połowie sezonu zaczyna iść w górę.

Jakbym nie czekał słyszę … te, Kron, choć na kawę.

Idę, ale wędki już nie zarzucam. Trzeba z kompanami pogadać bo będę się już zbierał pomału.

One Response to Branie do kawki

  • Wąsaty says:

    Fotka jakby robiona na stanowisku nr 18. Rybka zacna, ale jak to się stało, że pipek nie zagrał? Czyżby brak koncentracji? Bywa i tak.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Grudzień 2017
P W Ś C P S N
« Lis    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Partnerzy