422 kilogramy Crawfisha

Jadąc na to łowisko, na zawody, w których miałem wziąć udział nigdy nie przypuszczałbym, że osiągnę z ekipą taki wynik. Gigantyczna jak dla mnie suma złowionych ryb, niedospane noce i męczące dnie oraz ciągły hol i znowu hol itd. do kolejnego. Oj dały nam się te karpie we znaki, ale nic to w porównaniu z tym jak od połowy pierwszej nocy z miejsca piątego wspinaliśmy się aż na podium – aż na miejsce drugie. Pamiętałem poprzednią, wiosenną edycję w mrozie, śniegu, deszczu i przenikającym, arktycznym wietrze. Tym razem miało być inaczej – z lepszą aurą i z optymistycznym nastawieniem.

Jak było teraz, jaka była walka tym razem i jak to się wszystko potoczyło przedstawiam wam poniżej.

Mamy 19 kwietnia. Zdzwaniam się z kompanem wieczorem, o której start. Zaplanowane spotkanie o 7 rano. OK. Jeszcze rzut okiem do garażu czy wszystkie niezbędne klamoty zabrane, potem do „karpiopasserati” i można myśleć o spokojnym śnie z marzeniami o karpiach – o wielu karpiach 🙂 Tak tylko jak tu spać, jak w żyłach buzuje już adrenalina, nogi zrobiły się jakieś miękkie a powieki nie chcą się zamykać. No cóż trzeba się zmęczyć myślami i w końcu zasnąć. Te kilka godzin snu nic nie zmieniły. Wręcz przeciwnie. Poranna kawa jakoś drży w filiżance. Hmmm – Kron – mówię sam do siebie i to całkiem głośno – będzie dobrze. Jak tak mówię to tak ma być. Schodzę na dół wsiadam do auta i wiecie, co? To już tylko kilka godzin do imprezy. Jadę.

Zjawiamy się nad wodą. Organizator już szykuje się do przyjęcia pierwszych drużyn. Sędzia główny – wiadomo Artur – odnotowuje pierwsze zgłoszenia. Nasze także już widnieje na liście a my potwierdzamy swój udział podpisem. Wszędzie mapki wody z numerami stanowisk. Wszędzie słychać, które sztelę będą znakomite, które dobre a które tylko po prostu będą. Sam jestem ciekaw i mając na uwadze nasze miejsce walki z zeszłego roku w głowie ustalam po kolei. Ta ok., ta też niezła a tamta – noooo ta to by była super. Wszystko pokaże losowanie. Ani ja ani kompan nie podchodzimy do losowania kolejności. Robi to nasz trzeci członek drużyny. Ja myślę, – o czym – nawet dziś nie pamiętam. Bo i po co 🙂

Nasza kolej to dopiero dwudzieste podejście po właściwy los stanowiska. Grzegorz bierze piłeczkę. Chce ją zmienić, ale jednak pozostawia w dłoni. Czyta numer i jest 16-ka. To ta z tych znakomitych. Już słychać mowy – oooooo bankowo 1 plac, no jak nie połowicie, będzie roboty kupa itp. To daje posmak presji jak nam pójdzie. Ale nawet nie zauważyłem jak całe napięcie ze mnie zeszło. Jest upragniony luzzzz, bo losowanie to 50% wyniku końcowego. W sumie cała ekipa cieszy się, że tym razem możemy coś pokazać. Zaprezentować to, o co w zawodach chodzi. Spokój i sukcesywne tworzenie wyniku. Jaki on będzie dowiemy się niebawem. Za kilka dni.

Teraz mamy chwilę czasu. Zaczyna się mały bankiet, obiad a po tym wszystkim smacznym pomału kierujemy się na stanowisko. Dojazd świetny a sama miejscówka napawa optymizmem. Zatoka do naszej dyspozycji. Cała nasza trójka liczy na brania, na częsty kontakt z rybami. Pogoda dobra, w miarę słonecznie, ale oznak bytowania karpii brak. Nic to. Musimy rozwijać majdan i szykować się do sygnału startowego. Jest nas trzech uprawnionych do łowienia i każdy z nas ma swoje specyfiki. Taktyka dawno temu omówiona, więc mieszamy. Kule, granulaty i zanęty. Muszą jeszcze poczekać do pierwszej wywózki. Potem obozowisko. Wszystko idzie sprawnie. Czekamy na sędziów i na ich odbiór naszych łódek i pontonu oraz kapoków. Są u nas dość szybko. Jako team spełniamy wszelkie regulaminowe obostrzenia. Czyli profesjonaliści 🙂 Pomalutku zbliża się godzina rozpoczęcia rywalizacji. Zaplanowana na godzinę 16.00 nie została przeciągnięta. Zatem bomba – rakieta w górę i start.

Już gotowi od dawna i przygotowani spychamy ponton i kompan płynie postawić nasze dwa markery. Chcemy to zrobić jak najszybciej, aby ewentualnie nie spłoszyć naszych rybek. Plum jeden – plum drugi i powrót na brzeg. Zestawy z futrem wywozimy jednak modelami. Boje mamy w zasięgu rzutu, ale przez całe zawody stawiamy na nasze modele. Jeden u-bot i drugi płynie postawić zestawy. Gotowe. Teraz można trochę odpocząć i uraczyć wyschnięte gardło napojem bogów. Wpatrzeni w markery, w swingery no i oczywiście w wodę czekamy. Trunek schodzi i nic się u nas nie dzieje. Wpadają do nas wieczorem goście i na moment zapominamy o zawodach. Delikatnie pozbywamy się stresu do końca. Gadanina jak to na zawodach o wszystkim. I długo tak między sobą opowiadamy o sukcesach i porażkach, o jeziorach i rzekach. Czas mija i co dobre towarzysko szybko się kończy. Jacek z ekipą zwija się a my wsłuchujemy się w ciszę na naszym stanowisku. Czyżby mój Crawfish i Osmotic Spice nie smakował karpiom? To nie możliwe. Tak jest – to nie możliwe, bo około północy dostajemy nasze ryby. Jedna, druga potem kolejna. Nasze worki zapełniają się rybami do wagi. Crawfish rządzi. Oba moje zestawy gdzie wiszą te kule dają nam kilka ryb. Co dziwne – tylko z prawej strony markera są brania. To mało istotne dla mnie, bo ważne, że mamy pierwsze ryby.

Czas łowienia, holi i podbierania trwa systematycznie. Co kilkanaście czasem kilkadziesiąt minut zaliczamy kolejne ryby. Teraz patrzymy na tabelę wyników po informacji od sędziów. Plasujemy się na piątym miejscu. Wiemy, że damy radę odrobić straty. Odrabiamy. Po kolejnym holu zaliczamy big fisha na 15, 30kg. Długo ta ryba trzyma się tego tytułu. Ląduje do worka i czekamy na kolejne ważenie. Sędziowie są niezmordowani i punktualnie odwiedzają nasze stanowisko. Bywa, że wracając z ważenia po raz kolejny ważą nasze ryby. Trzeba się tylko cieszyć i łowić dalej.

Pomału kończy się czwartek. Popołudnie mija nam na łowieniu i zerkaniu na tabelę wyników. Odrabiamy stratę do czwartego miejsca. Jest to tylko kilka kilogramów i także kilkanaście do miejsca na podium. No cóż. Noc kolejna to równie piękne, co znaczące ryby w punktowaniu. Jednak ja, w piątek rano muszę zjechać do pracy. To będzie dla mnie kilka godzin dreptania nogami pod biurkiem. Ale jak trzeba to mus. Kontaktuję się z chłopakami i otrzymuję informację ze ryba „ucichła”. Przestało nam brać i zaczynają kombinacje. To jednak nic nie daje. Nadal cisza. Ostatnia ryba przed piątą nad ranem i do popołudnia cisza. Trochę to nas dziwi ze tak drastycznie ucinają się brania, ale pogoda tego dnia zmienia się. Robi się chłodniej a wiatr delikatnie „odpływa” w innym kierunku. Nie mogę się już doczekać powrotu na łowisko. Czas się dłuży okropnie i kiedy tylko wybiła godzina szesnasta wpadam do chaty. Szybka przekąska i już moje stare wozidło mknie znów na zawody.

W godzinach wieczornych zmiana taktyki ponownie zaowocowała w brania. Stanowisko 16 wraca do gry 🙂 Tak jest – znowu zaczynamy podnosić nasz ogólny wynik wagowy. Zmniejszone gabaryty przynęt, – jakie? Ciiiiiii – amino w zalewie popracował – wiecie, o co kaman z IB. Znowu możemy moczyć siatki podbieraka i rozładowywać akumulatory w łódkach. Jest, co robić ładowarką solarną, choć efektywność ładowania się zmniejsza. Słońca coraz mniej, więc i prądu mamy mniej do wykorzystania. Ale czas brań i holi trwa. Mamy następne punktowane karpie.

Ekipa sędziowska wieczorem informuje nas, że docieramy z wynikiem aż na drugie miejsce. Ta noc była pracowita. Niezmiennie cieszyłem się, że moje kije pracują a na końcu każdego zestawu znajduje się smakosz przynęt amino oraz Crawfisha. Kurcze jak ta kula pracuje – a jak cuchnie hehehehe. Niech jest, jaka chce, ale niech nadal daje ryby w sezonie jak w tych zawodach. O poranku witamy sędziów przed przedostatnim ważeniem. Mamy kilka znaczących ryb i …. Zaspane „ślepia” J. Zmęczenie daje o sobie znać od dawna, ale pełni szczęścia uśmiechamy się do ostatnich zdjęć.

Chyba wszyscy cieszą się a głównie sędziowie, że te zawody dobiegają końca. Nasza ekipa również. Na koniec mam jeszcze małego rodzynka. Śliczny pełnołuski karpik, który dał mi popalić na pontonie, ale udało się.

Podsumowując te zawody powiem tak. Organizacyjnie – perfect. Towarzysko jeszcze lepiej a w wynikach bynajmniej u mnie – ZAJEBIŚCIE. Dziękuję moim team partnerom za wyrozumiałość, za wysiłek, jaki włożyli razem ze mną w tę imprezę i oczywiście mojemu mentorowi Krzysiowi Skibie za niepowtarzalnego Crawfisha. Nasz wynik końcowy to złowionych 46 ryb o łącznej masie 422, 34 kg, co wywindowało nas na drugie miejsce. Wszystkim w tym sezonie życzę takiej samej uciechy jak my mieliśmy na Uroczysku.

One Response to 422 kilogramy Crawfisha

  • Wąsaty says:

    No wreszcie coś się ruszyło na Twojej stronce. Co ciekawsze ruszyło się z wysokiego „c”. Tak trzymać! Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wrzesień 2017
P W Ś C P S N
« Sie    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

Partnerzy